Teraz
MiastoChaos i zamknięte bramy na Łódź Summer Festival. Czy o taką promocję miasta chodziło?MiastoMieszkańcy odzyskują swoje podwórko. Zamiast garaży będzie ogródMiastoOstrzeżenie dla Łodzi. Burze, grad i wiatr do 80 km/hMiastoWyłączenia ciepłej wody w tym tygodniu. Długa lista adresówInwestycjeDuże zmiany przy Atlas Arenie. Rusza budowa komory KDPWydarzeniaAtaki na policję, gaz i szturm na ogrodzenie. Zamknęli bramy Łódź Summer Festival [WIDEO]InwestycjeŁagiewnicka do remontu. Zostanie ślad dawnej granicyWydarzeniaCo robić w Łodzi 24–26 lipca? Wielki przewodnikInwestycjeKamienica przy Abramowskiego odzyska blask. Powstanie 20 mieszkańMiasto291 adopcji w łódzkim schronisku. Migawka i Natan mają domyMiastoZnaleziono zwłoki w Parku Źródliska. Sprawę bada prokuraturaInwestycjeRuszył remont ulicy Podrzecznej. Będą parkingi i więcej zieleniMiastoChaos i zamknięte bramy na Łódź Summer Festival. Czy o taką promocję miasta chodziło?MiastoMieszkańcy odzyskują swoje podwórko. Zamiast garaży będzie ogródMiastoOstrzeżenie dla Łodzi. Burze, grad i wiatr do 80 km/hMiastoWyłączenia ciepłej wody w tym tygodniu. Długa lista adresówInwestycjeDuże zmiany przy Atlas Arenie. Rusza budowa komory KDPWydarzeniaAtaki na policję, gaz i szturm na ogrodzenie. Zamknęli bramy Łódź Summer Festival [WIDEO]InwestycjeŁagiewnicka do remontu. Zostanie ślad dawnej granicyWydarzeniaCo robić w Łodzi 24–26 lipca? Wielki przewodnikInwestycjeKamienica przy Abramowskiego odzyska blask. Powstanie 20 mieszkańMiasto291 adopcji w łódzkim schronisku. Migawka i Natan mają domyMiastoZnaleziono zwłoki w Parku Źródliska. Sprawę bada prokuraturaInwestycjeRuszył remont ulicy Podrzecznej. Będą parkingi i więcej zieleni
MiastoWybór redakcji

Chaos i zamknięte bramy na Łódź Summer Festival. Czy o taką promocję miasta chodziło?

Miasto miesiącami chwaliło się rekordowym zainteresowaniem, tysiącami ochroniarzy i terenem gotowym na setki tysięcy ludzi. W sobotę zamknęło bramy, a przed nimi zostały tłum, policyjne tarcze i pytanie: gdzie był plan?

Posłuchaj artykułu17:57

Najpierw miasto zaprosiło całą Polskę. Ogłosiło największy bezpłatny miejski festiwal muzyczny w kraju, kupiło kampanię, zgromadziło gwiazdy i zapewniało, że Łódzkie Błonia są przygotowane na przyjęcie setek tysięcy uczestników. Potem, w sobotę kilka minut po godz. 21:00, organizator zamknął bramy, bo teren osiągnął dopuszczalny limit.

Po jednej stronie ogrodzenia trwały koncerty. Po drugiej został tłum ludzi, którzy często przejechali setki kilometrów, aby dowiedzieć się dopiero na miejscu, że na festiwal nie wejdą.

Dalej były już obrazy, których żadna miejska galeria zdjęć nie przykryje. Napór na ogrodzenie, próby przedostania się na teren wydarzenia, policyjny kordon i funkcjonariusze z tarczami. W stronę policjantów poleciały butelki i kamienie. Zatrzymano sześć osób w wieku od 19 do 30 lat. Uczestnicy relacjonowali również użycie gazu, choć dotąd oficjalnie nie potwierdzono, kto go rozpylił.

To, co wydarzyło się przed bramami Łódź Summer Festival, było patologią. Nie dlatego, że na bezpłatny koncert przyszło dużo ludzi. Nie dlatego, że część z nich była młoda, głośna albo przyjechała spoza Łodzi. Patologią było rzucanie przedmiotami w policjantów, rozbijanie zabezpieczeń i próby siłowego wejścia na teren imprezy.

Ale patologią organizacyjną jest również stworzenie systemu, w którym setki tysięcy osób zaprasza się na bezpłatne wydarzenie bez biletów i rejestracji, a informację o braku miejsc przekazuje się wtedy, gdy tłum stoi już przed ogrodzeniem.

Najpierw rekord, potem zamknięte bramy

Sobotni chaos nie był katastrofą, której nie można było przewidzieć. Był realizacją scenariusza wpisanego w konstrukcję tego festiwalu.

Wstęp pozostawał bezpłatny i nie wymagał żadnej rejestracji. Organizator znał maksymalną liczbę osób, które mogą jednocześnie przebywać na terenie imprezy. Uczestnicy nie wiedzieli natomiast, ilu ludzi jest już w środku, jak blisko jest limit i czy podróż do Łodzi zakończy się pod zamkniętą bramą.

Miasto tymczasem samo napędzało frekwencję. Zapowiadało największą edycję w historii, chwaliło się dwoma scenami, 24 artystami i zainteresowaniem z całego kraju. W oficjalnych materiałach Łódzkie Centrum Wydarzeń informowało o ponad 400 tys. metrów kwadratowych terenu, przeszło 20 tys. metrów kwadratowych tymczasowych dróg, ponad 10 kilometrach ogrodzenia i niemal 2 tys. pracowników ochrony. Infrastruktura miała pozwolić na bezpieczne przyjęcie kilkuset tysięcy uczestników.

Skoro rekordowa frekwencja była celem, to wypełnienie terenu nie mogło być zaskoczeniem. Było sukcesem kampanii promocyjnej i jednocześnie najbardziej oczywistym ryzykiem operacyjnym.

Mimo to komunikat pojawił się dopiero kilka minut po godz. 21:00: „Osiągnęliśmy maksa”. Bramki zostały czasowo zamknięte ze względów bezpieczeństwa.

Samo zamknięcie było prawidłową decyzją. Jeżeli limit został osiągnięty, organizator nie mógł wpuszczać kolejnych osób. Problem polega na tym, że bezpieczeństwo zaczęto tłumaczyć ludziom dopiero wtedy, gdy system przestał ich mieścić.

Za kamienie odpowiadają sprawcy. Za system odpowiada organizator

Trzeba postawić jasną granicę. Za rzucanie butelkami i kamieniami odpowiadają osoby, które to robiły. Za próby sforsowania ogrodzenia odpowiadają ci, którzy się na nie zdecydowali. Darmowy koncert nie jest prawem do wejścia za wszelką cenę, a rozczarowanie nie usprawiedliwia agresji.

Organizator nie odpowiada za każdą głupotę popełnioną przez uczestnika. Odpowiada jednak za przewidywanie zachowania dużych grup ludzi, projektowanie bezpiecznych dojść, komunikowanie ograniczeń i niedopuszczenie do sytuacji, w której tysiące osób dowiadują się pod bramą, że znalazły się w ślepym zaułku.

W mediach społecznościowych pojawiały się nagrania ludzi próbujących omijać zabezpieczenia i przedzierających się przez zieleń w sąsiedztwie festiwalu. Nie znamy jeszcze skali ewentualnych szkód przyrodniczych. Nie ma podstaw, aby nazywać je katastrofą ekologiczną. Jest natomiast powód, by zapytać, dlaczego ciągi piesze i teren wokół imprezy nie powstrzymały uczestników przed szukaniem własnych dróg.

Ogrodzenie o długości 10 kilometrów może dobrze wyglądać w informacji prasowej. Jego prawdziwa wartość ujawnia się dopiero wtedy, gdy napiera na nie tłum.

Podobnie jest z liczbą ochroniarzy. Dwa tysiące brzmi imponująco, ale sama liczba ludzi w kamizelkach nie zastępuje planu komunikacji. Tłum musi wiedzieć, gdzie iść, ile będzie czekać, czy brama zostanie ponownie otwarta oraz gdzie może bezpiecznie opuścić zatłoczony obszar. Krótki wpis w mediach społecznościowych nie dociera automatycznie do wszystkich stojących przed ogrodzeniem.

Patologia przy bramach zaczęła się od agresji części uczestników. Organizacyjna odpowiedzialność zaczyna się jednak znacznie wcześniej – przy stole, na którym powstaje plan imprezy.

Miliony na Błonia, a uczestnicy toną w błocie

Przed festiwalem ogromne emocje wywołała miejska inwestycja dotycząca stosunków wodnych na Łódzkich Błoniach. W debacie publicznej zaczęto ją sprowadzać do „osuszania terenu pod koncerty”. To uproszczenie.

Przedstawiciele miasta wyjaśniali podczas posiedzenia Komisji Ochrony Środowiska, że celem nie jest całkowite odprowadzenie wody, lecz odbudowa lub przebudowa systemu melioracyjnego, zwiększenie wodochłonności gruntu i zatrzymywanie wody na tym obszarze. Cały projekt, realizowany w formule „zaprojektuj i wybuduj”, obejmuje więcej prac niż przygotowanie terenu pod jedną imprezę, a jego realizacja nie zakończyła się przed tegorocznym festiwalem.

Błoto po intensywnych opadach nie jest więc automatycznym dowodem, że miasto zmarnowało 10 mln zł. Nie można rozliczać nieukończonej inwestycji tak, jakby wszystkie jej elementy już działały. Nie można też oczekiwać, że teren zielony po ulewie będzie suchy jak posadzka w hali.

Tyle że uczestnicy brodzili w głębokim błocie, zakładali na buty worki i z trudem przemieszczali się pomiędzy strefami. W tym samym czasie oficjalna narracja mówiła o rozbudowanej infrastrukturze i większej odporności terenu.

Błoto nie dowodzi jeszcze, że miejskie miliony zostały utopione. Dowodzi za to, że miasto utopiło komunikację w sloganach.

Mieszkańcy mają prawo wiedzieć, co dokładnie wykonano przed festiwalem, ile kosztował ukończony zakres, jakie efekty miał przynieść i dlaczego najważniejsze trasy uczestników nie zostały lepiej zabezpieczone tymczasowymi nawierzchniami. Publiczne pieniądze nie mogą być rozliczane zdjęciem uśmiechniętego tłumu ani zapewnieniem, że „teren zyskał odporność”.

Jeżeli inwestycja nie była jeszcze gotowa, należało to jasno powiedzieć. Jeżeli była gotowa w części, trzeba wskazać, co ta część rzeczywiście zmieniła. Jeżeli błoto było nieuniknione, należało przygotować na nie ludzi i infrastrukturę.

Pełne hotele nie są pełnym rachunkiem

Wiceprezydent Łodzi Tomasz Piotrowski wielokrotnie przedstawiał festiwal jako produkt promocyjny miasta i impuls dla lokalnej gospodarki. Przed tegoroczną edycją informował o 8400 publikacjach i wzmiankach oraz ekwiwalencie reklamowym wynoszącym 26 mln zł. Według danych przywoływanych przez miasto na miesiąc przed wydarzeniem zarezerwowanych było 93 proc. dostępnych miejsc noclegowych.

To są argumenty, których nie można uczciwie zignorować. Pełne hotele oznaczają realnych klientów. Zarabiają restauracje, taksówkarze, sklepy, punkty usługowe i atrakcje turystyczne. Festiwal daje Łodzi ogólnopolską widoczność, jakiej miasto nie uzyskałoby zwykłą kampanią z billboardami.

Nie wynika z tego jednak, że każdy uczestnik przyjeżdżający na bezpłatny festiwal zostawia w Łodzi duże pieniądze ani że wydarzenie automatycznie przynosi miastu więcej, niż kosztuje.

Nagranie człowieka śpiącego w samochodzie albo w parku nie jest analizą ekonomiczną. Tak samo 93 proc. zarezerwowanych noclegów nie jest pełnym bilansem korzyści. Jedno pokazuje pojedynczy przypadek, drugie sytuację w konkretnej części rynku.

Potrzebny jest rachunek obejmujący nie tylko obłożenie hoteli, lecz również publiczne wydatki na organizację, zabezpieczenie, bezpłatną komunikację, sprzątanie, naprawę terenu i pracę służb. Potrzebne jest badanie pokazujące, ilu uczestników przyjechało spoza Łodzi, jak długo zostali i ile przeciętnie wydali. Bez tego zdanie, że festiwal „realnie wpływa na lokalną gospodarkę”, pozostaje prawdopodobną tezą, ale nie kompletnym rozliczeniem.

W 2025 roku Tomasz Piotrowski mówił, że festiwal kosztował 13,5 mln zł, z czego według jego deklaracji około 5 mln zł pochodziło z budżetu miasta. Twierdził też, że dla hoteli, gastronomii i taksówkarzy wydarzenie było okresem wyjątkowo wysokich obrotów. To ważne świadectwa, ale nadal nie zastępują niezależnego raportu ekonomicznego.

Miasto lubi liczyć uczestników, publikacje i zasięgi. Najwyższy czas zacząć równie dokładnie liczyć koszty oraz pieniądze, które rzeczywiście pozostają w Łodzi.

Dwadzieścia złotych albo darmowy bilet

Pytanie o odpłatność nie pojawiło się po raz pierwszy po sobotnim chaosie. Już we wrześniu 2024 roku radny Kosma Nykiel proponował podczas posiedzenia komisji symboliczną opłatę w wysokości 20 zł dziennie. Michał Adamkiewicz, kierujący Łódzkim Centrum Wydarzeń, odpowiedział wtedy, że nie wyklucza takiego rozwiązania w przyszłości, choć miasto chciało zachować formułę największego bezpłatnego festiwalu miejskiego w Polsce.

Według przedstawionych wówczas danych przez teren festiwalu w 2024 roku przewinęło się około 250 tys. osób. Przy 250 tys. płatnych wejść po 20 zł przychód brutto wyniósłby 5 mln zł. Nie byłoby to 5 mln zł czystego zysku – system sprzedaży, obsługa i bezpieczeństwo również kosztują. Skala jest jednak znacząca.

Festiwal nie jest jednak prywatnym prezentem sponsorów dla Łodzi. Jest finansowany również z miejskich pieniędzy – i nie jest to udział symboliczny. W 2025 roku, według przywołanych wcześniej danych, około 5 mln zł z 13,5 mln zł całkowitego kosztu pochodziło z budżetu miasta. Na tegoroczną edycję w samym budżecie Łódzkiego Centrum Wydarzeń przewidziano 9 mln zł, choć pełny rachunek poznamy dopiero po podsumowaniu wszystkich wydatków i wpływów.

Skoro więc mieszkańcy poprzez miejski budżet współfinansują Łódź Summer Festival, pojawia się proste pytanie: dlaczego mają fundować bezpłatny wstęp także osobom, które przyjeżdżają z innych miast i nie dokładają się na co dzień do funkcjonowania Łodzi? Nie chodzi o zamykanie miasta przed gośćmi. Niech przyjeżdżają. Trudno jednak uznać za oczywiste, że łodzianie mają opłacać im festiwal z międzynarodowymi gwiazdami dokładnie na takich samych zasadach jak sobie.

Rozwiązaniem mógłby być model, w którym bezpłatny bilet przysługuje posiadaczom aktywnej Karty Łodzianina, a pozostali uczestnicy płacą symboliczną kwotę. Łodzianie zachowaliby darmowy dostęp do wydarzenia organizowanego z okazji urodzin ich miasta, natomiast osoby spoza Łodzi nadal mogłyby wziąć w nim udział, kupując niedrogi bilet. Karta Łodzianina już służy przyznawaniu mieszkańcom preferencji i bezpłatnych wejść do miejskich instytucji, więc nie byłoby to tworzenie systemu od zera.

Taki model rozwiązywałby jednocześnie dwa problemy. Pozwalałby wcześniej kontrolować liczbę uczestników, a pieniądze ze sprzedaży biletów dla przyjezdnych mogłyby wracać do budżetu festiwalu, finansować regenerację Błoni albo wspierać wybrany cel społeczny. Przede wszystkim jednak przywracałby elementarną proporcję: mieszkańcy finansują miejskie wydarzenie i korzystają z niego bezpłatnie, a goście są mile widziani, lecz uczestniczą również w jego kosztach.

Takie pieniądze mogłyby finansować ochronę, komunikację, regenerację Błoni, sprzątanie albo wybrany cel społeczny. Symboliczna opłata ograniczyłaby też część przypadkowych uczestników i pozwoliła z góry określić liczbę wydanych biletów.

Płatność ma jednak poważną wadę. To są urodziny miasta, a wydarzenie finansowane ze środków publicznych powinno pozostać dostępne także dla osób, których nie stać na komercyjne festiwale. Nawet 20 zł dla jednej osoby może być niewielką kwotą, ale dla rodziny uczestniczącej przez trzy dni przestaje być symboliczne.

Dlatego istnieje prostsze rozwiązanie: bezpłatne bilety wymagające wcześniejszej rejestracji.

Organizator określa limit, uruchamia zapisy, a po wyczerpaniu puli jasno informuje, że miejsc nie ma. Uczestnik bez wejściówki wie, że nie powinien jechać przez pół Polski z nadzieją, że może jednak zostanie wpuszczony. Niewykorzystane bilety można zwalniać ponownie, stworzyć listę oczekujących albo wydzielić pulę na każdy dzień.

Nie jest to rozwiązanie idealne. Każdy darmowy system zmaga się z rezerwacjami, które później nie są wykorzystywane. Jest jednak nieporównywalnie lepszy od obecnej zasady: zapraszamy wszystkich, ale o tym, komu zabraknie miejsca, zdecydujemy dopiero przy bramie.

Reklama wydarzenia to nie zarządzanie wydarzeniem

Łódź stworzyła sprawną maszynę promocyjną. Festiwal jest widoczny w mediach, ma wielkie nazwiska, sponsorów, efektowną identyfikację i polityków chętnie nagrywających materiały z tłumem w tle.

Tylko że umiejętność sprzedania wydarzenia nie jest tym samym co umiejętność zarządzania setkami tysięcy ludzi.

Wiceprezydent Łodzi Tomasz Piotrowski chwalił się w kanałach społecznościowych, że przy Łódź Summer Festival pracują osoby z doświadczeniem zdobytym w agencjach reklamowych. Przedstawiał to jako atut: miasto ma własny zespół, dlatego nie musi powierzać przygotowania wydarzenia zewnętrznej agencji. Po sobotnim wieczorze ta deklaracja brzmi jednak mniej jak dowód samowystarczalności, a bardziej jak niezamierzona diagnoza problemu.

Panie wiceprezydencie, doświadczenie wyniesione z agencji reklamowej przydaje się przy prowadzeniu kampanii, budowaniu zasięgu, pozyskiwaniu partnerów i tworzeniu atrakcyjnej opowieści o wydarzeniu. Nie zastępuje wiedzy o przepływach tłumu, projektowaniu stref wejścia, komunikacji kryzysowej ani reagowaniu na przekroczenie pojemności terenu.

Marketingowiec potrafi sprawić, by na festiwal chciała przyjechać cała Polska. Organizator imprez masowych musi jeszcze wiedzieć, co zrobić, gdy ta Polska rzeczywiście przyjedzie.

I być może właśnie tutaj leży problem Łódź Summer Festival. Miasto zbudowało sprawną maszynę promocyjną, ale w sobotni wieczór zabrakło równie sprawnej maszyny organizacyjnej. Zabrakło systemu, który wcześniej poinformowałby ludzi, że nie ma już miejsc. Zabrakło czytelnej komunikacji przed bramami. Zabrakło rozwiązania na moment, który po miesiącach reklamowania rekordowej edycji powinien być jednym z pierwszych scenariuszy zapisanych w planie bezpieczeństwa.

Nie jest ujmą skorzystać z doświadczenia wyspecjalizowanej agencji eventowej albo zatrudnić ludzi, którzy zarządzali wydarzeniami o podobnej skali. Ujmą jest uznać, że umiejętność wypromowania festiwalu oznacza automatycznie umiejętność bezpiecznego przeprowadzenia przez niego setek tysięcy osób.

Największym sukcesem festiwalu nie jest pół miliona wpisów w statystyce, setki rolek ani 26 mln zł ekwiwalentu reklamowego. Sukces zaczyna się wtedy, gdy uczestnik przed wyjazdem wie, czy wejdzie, na miejscu porusza się bezpiecznie, okolica nie zostaje zadeptana, a policja nie musi wypierać tłumu tarczami.

Trzeba też zapytać, co właściwie kryje się za tymi liczbami. Statystyka nie rozróżnia zachwytu od kompromitacji. Rolki pokazujące policyjny kordon, butelki lecące w stronę funkcjonariuszy, szturm na ogrodzenie, ludzi przedzierających się przez zieleń i uczestników brodzących w błocie również generują zasięgi, publikacje i ekwiwalent reklamowy. Pytanie tylko, czy właśnie o taką promocję Łodzi chodziło władzom miasta. Bo nie każda wzmianka buduje markę. Niektóre pokazują przede wszystkim cenę złej organizacji.

Łódź Summer Festival może pozostać wielkim i bezpłatnym świętem. Nie może jednak pozostać wydarzeniem, którego głównym planem bezpieczeństwa jest zamknięcie bram, gdy problem już stoi przed nimi.

Na koniec jeszcze jedno. W Łodzi zbyt często każdą ocenę próbuje się sprowadzić do wyboru między bezwarunkowym zachwytem a całkowitym potępieniem. Krytykujesz – więc najwyraźniej chcesz wszystko zlikwidować. Chwalisz – więc musisz bezrefleksyjnie akceptować każdą decyzję organizatorów. Taki sposób myślenia jest wygodny, bo zwalnia z rozmowy o konkretach. Nie ma jednak nic wspólnego z uczciwą oceną miasta.

Nie trzeba nienawidzić Łódź Summer Festival, żeby dostrzec jego błędy. Nie trzeba też przemilczać chaosu, policyjnej interwencji, zniszczonych zabezpieczeń czy ludzi zostawionych przed zamkniętymi bramami tylko dlatego, że sam festiwal jest potrzebną i wartościową inicjatywą. Można chcieć jego kontynuacji, cieszyć się z koncertów i jednocześnie wymagać od organizatorów więcej. To nie sprzeczność. To elementarna odpowiedzialność.

Dla jasności: krytyka organizacji festiwalu nie jest postulatem jego likwidacji. Łódź potrzebuje dużych wydarzeń, które przyciągają uwagę całego kraju i dają mieszkańcom dostęp do kultury na wielką skalę. Potrzebuje jednak również władz, które potrafią przyznać, że nie wszystko zadziałało, wyciągnąć wnioski i następnym razem przygotować wydarzenie lepiej.

Dojrzałe miasto nie obraża się na krytykę. Dojrzałe miasto wykorzystuje ją, zanim te same błędy powtórzą się przy kolejnej edycji.

Autor

Maksymilian Rybicki
Maksymilian Rybicki

Redaktor naczelny Łódź+. Zaczynał w łódzkich mediach, pracował m.in. w „Dzienniku Łódzkim”, a później odpowiadał za rozwój social mediów w grupie Wirtualna Polska. W Łódź+ łączy redakcyjną precyzję, doświadczenie w marketingu i znajomość nowych technologii, budując lokalny portal nowej generacji. Pracował przy projektach dla marek takich jak Netflix, IKEA, Estée Lauder, T-Mobile czy Ryanair, a także dla firm działających w Polsce i Szwecji. Wierzy, że dobre medium musi dziś nie tylko rzetelnie informować, ale też mieć wyrazisty język, silną markę i technologiczną przewagę. Łódź+ jest dla niego projektem, który łączy lokalne dziennikarstwo z jakością, jakiej oczekuje się od najlepszych współczesnych marek.

Dyskusja

0 komentarzy

Komentarze są moderowane przed publikacją.

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu.

Bądź pierwszy.